20 lipca 2017

Germany photo dairy


Moje opóźnienie z pisaniem na blogu spowodowane jest nie tyle brakiem czasu, ale pewnymi problemami w jego działaniu. Jeśli ktoś z was się zna, to zauważył, że jak się tu wchodzi to ikonka poczekania szwankuje, a także grafika rozwijająca opcję 'czytaj dalej'. Właśnie jesteśmy w trakcie rozwiązywania tego problemu, ale mimo wszystko stwierdziłam że nadszedł już ostatni moment na to, by dodać zdjęcia i napisać kilka słów o moim wylocie na zachód. Mam nadzieję, że nie dajecie się zwieść i mimo tych małych błędów na blogu wchodzicie i oglądacie co się dzieje? Zdjęć będzie dużo. Pozwoliłam sobie połączyć phone photos i zdjęcia z aparatu, bo tych pierwszych nie było jakoś bardzo dużo. Ogólnie rzecz biorąc, zaraz po egzaminach na fotografię wybrałam się na mini 2-tygodniowe wakacje za granicą. Zupełny chill, nic-nie-robienie, którego na maksa mi brakowało. Ze względu na fakt, że miejsce mojego pobytu okazało się być przepiękne, najwięcej zdjęć jakie zrobiłam stanowią ładne widoki. Samolotem ostatni raz leciałam w 2012 i nie jest to coś co uwielbiam, ale dla tych widoków warto latać! Pozwólcie, że zacznę właśnie z nieba...


Od mojej ostatniej podróży samolotem minęło już kilka dobrych lat, jednak nadal uważam, że latanie jest czymś magicznym. Widoki z góry zapierają dech, a jeśli trafi się na delikatne turbulencje, a nie ostre szamotanie, to dodatkowo sam lot może być całkiem przyjemny. W tamtą stronę lot był średni, ale za to widoki cudowne, natomiast powrotny był maksymalnie spokojny, ale z widokami szału nie było. Coś za coś. Poniżej ujęcia z miejsca w którym przebywałam. 


Razem z mamą spędziłyśmy dużo czasu razem, bo obecnie rzadko się widujemy. Jeździłyśmy na rowerach, spacerowałyśmy, zbierałyśmy polne kwiaty, robiłyśmy szybkie ciasto i po prostu chłonęłyśmy widoki, które dane nam było oglądać. Dodatkowo dorzucam kilka zdjęć natury, roślin. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to przypominam, że uwielbiam naturę. Kwiaty, zieleń, drzewa, krzaki. Kocham uwieczniać roślinność na zdjęciach i później się nią z wami dzielić. Skoro brakuje tu postów z działek, które kiedyś dość często wrzucałam, to nadrabiam właśnie tymi zdjęciami. Enjoy!


Miałam okazję spróbować bananów prosto z drzewa i pierwszy raz jadłam kumkwat, który widać powyżej. Dziwne jest to, że należy go jeść razem ze skórką, co dla mnie było dość absurdalne i średnio mi zasmakowało. Jednak banany smakowały o niebo lepiej i zupełnie inaczej niż sklepowe. Mniam! Naoglądałam się pięknych roślin i przyznam szczerze, że byłam w swoim żywiole. 


Jak większość ludzi uwielbiam testować nowe smaki. W Niemczech miałam okazję bardzo dobrze zjeść. Powyżej widzicie lody spaghetti waniliowe z bitą śmietaną wewnątrz lodów i masą owoców. Przyznam wam z głębi serca, że w życiu nie jadłam lepszych lodów. Talerzyki średnio do mnie przemawiały, a całość wyglądała 5/10, ale smak był genialny. Powyżej jest też kilka rzeczy, które kupiłam, ale to zaledwie jedna dziesiąta wszystkich smakołyków. Kupiłam również kliszę, co mam nadzieję będzie pierwszym krokiem do mojego analogowego fotografowania. Trzymajcie kciuki!


A teraz coś dla prawdziwych żarłoków. W Niemczech miałam okazję jechać do knajpy, gdzie płacąc 13 euro mogliśmy jeść ile nam się żywnie podoba. Było sushi, wszystkie możliwe ryby i wszystko co sobie tylko wymarzyliśmy. Nie wiem czy coś takiego istnieje w Polsce, ale jak dla mnie jest to super opcja. Ciągle ktoś wchodził do lokalu i nie było wolnego stołu, natomiast samo jedzenie smakowało genialnie i jeśli tylko będę jeszcze miała okazję odwiedzić to miejsce, to zrobię to bez chwili zawahania. Poniżej zamieszczam małą namiastkę tego, co można było tam znaleźć.


No i nadszedł dzień powrotu! 11 lipca w okolicy 8-9 godziny byłam już na pokładzie samolotu powrotnego do Polski. Po przylocie pojechałam jeszcze załatwić kilka spraw, a na koniec zjadłam ukochanego subway'a, po czym wyruszyłam w drogę do domu. To była bardzo fajna wycieczka.


14 lipca 2017

skończyłam studia


Moje studia zakończyły się na dobre już w czerwcu. Swoją pracę licencjacką broniłam dokładnie 14 czerwca, a kilka dni później jechałam na egzaminy z fotografii. Wobec tego dzisiejsza data jest specyficzna, bo mija dokładnie miesiąc odkąd się obroniłam. Moja obrona odbyła się stosunkowo wcześnie, co idealnie złożyło mi się z resztą moich planów na ten miesiąc, bo uwieńczeniem był wyjazd za granicę na 2 tygodnie z którego wróciłam kilka dni temu. Ale może opowiem wam wszystko od samego początku? Umówmy się, że ten post będzie typowo opisowy i skupię się na tym, aby jak najdokładniej przedstawić wam zarówno początek jak i przebieg mojego studiowania.


Zacznijmy od tego, że administracja nie była moim wyśnionym kierunkiem, a kończąc liceum nie wiedziałam gdzie chcę pokierować moje drogi, ale wiedziałam że będę robić zdjęcia. Myślałam o fotografii, jednak nie byłam ani na tyle psychicznie gotowa, ani żadna uczelnia nie porwała mojego serca do tego stopnia, aby zacząć na niej studiować. Osobiście uważam, że płatne studia to poroniony pomysł. Oczywiście - wszystko zależy od tego jak ułoży się nasze życie, bo nie wszystkim pieniądze spływają z nieba, więc jeśli ktoś musi pracować, to idzie na zaoczne. Taka jest kolej rzeczy. Jednak jeśli o mnie chodzi, to jak tylko macie możliwość idźcie na dzienne. Według mnie jest to o niebo lepsza opcja i wówczas studia mają jakiś sens. Ale tak jak pisałam, wszystko zależy od waszej sytuacji życiowej. Ja idąc na studia (będę szczera) wiedziałam, że nie idę tam bo bardzo tego chcę, ale poszłam, bo poszłam. Wiecie jak to jest, wszyscy szli, a ja nie chciałam zostać z niczym. Z pewnych również osobistych powodów było mi to po prostu na rękę. Pod uwagę brałam tylko Warszawę. Znam ją. Od dziecka spędzałam tam sporo czasu i mniej więcej ogarniałam miasto, ale nie chcę żebyście myśleli, że zamykam się na inne miasta - nie! Uważam, że wszystkich miejsc można się nauczyć z biegiem czasu. Przecież sama od października powędruję do Poznania, którego nie znam. 

Trafiło na AON, którego nazwę zmieniono jakiś czas temu na Akademię Sztuki Wojennej. Rekrutowałam na bezpieczeństwo narodowe, bo byłam po liceum policyjnym (tak wiem, żenada, ale każdy ma prawo popełniać w życiu błędy). Dawniej kochałam się w tym zawodzie i wydawał mi się on hiper-super-fajny. Na ostatni dzwonek dostałam telefon, że na bezpieczeństwo brakuje miejsc i wylądowałam na administracji, co z biegiem czasu wydaje mi się być strzałem w 10! Ale o tym później. Tak więc te studia nie były moim marzeniem, ale nie ubolewałam z tego powodu. Od początku wiedziałam, że przecież dobiegną końca, a wtedy będzie czas na dalsze działanie - nową drogę, to co od zawsze chciałam robić, czyli na fotografię. Rekrutacja była bezproblemowa, a test z angielskiego, który zaliczyć musiał każdy, przeszłam z całkiem dobrym wynikiem. I bum! Stałam się studentką.

Uwaga! Chcę tylko nadmienić, że na uczelni na której studiowałam wiele się zmieniło. Nowe władze, wyższy poziom i wszystko do góry nogami. Nie jestem w stanie powiedzieć wam jak teraz wygląda rekrutacja, tym bardziej że mój kierunek zupełnie usunięto. Mam wrażenie, że udaje mi się wszystko na ostatniej nitce załapać, bo tak samo było z maturą czy wszystkim innym, kiedy to zmiany następowały jak mój rocznik odchodził. Dla mnie na duży plus. Gdy zanosiłam dokumenty, któregoś z ostatnich dni na uczelni, to rozmawiałam z pewną dziewczyną. Powiedziała mi, że rzuca studia bo po prostu nie daje rady z materiałem i wysokim poziomem. Już wcześniej słyszałam pogłoski o tym, że zrobiło się ciężej, że roczniki niższe niż mój, mają totalnie rygorystyczne zaliczanie kolejnych semestrów. Mnie to już na szczęście nie dotyczy, ale powiem wam szczerze, że nie jestem typem pilnej uczennicy, nigdy nie byłam i gdybym jeszcze raz tam rekrutowała, to prawdopodobnie nie dostałabym się i miałabym problem co ze sobą zrobić.

Teraz chciałabym wam napisać trochę o samych zajęciach i szczegółach, chociaż nie wiem czy to na sens, bo przecież usunięto mój kierunek. W każdym razie wykłady i zajęcia prowadzone były w większości dość ciekawie i o dziwo nie męczyłam się samymi studiami, ale moimi myślami i tym co czułam wewnątrz. Początkowo nie trafiłam na zbyt fajną osobę jeśli chodzi o mieszkanie i miałam wrażenie że trochę się sama ze sobą pogubiłam. Kilka początkowych tygodni w Warszawie było dla mnie fatalne. Czekałam do weekend'u żeby tylko móc wrócić do domu. Było bardzo, bardzo źle z moim samopoczuciem. Myślałam nawet przez moment żeby rzucić studia, ale wybito mi na szczęście ten pomysł z głowy. Dlaczego na szczęście? Bo według mnie jak już się coś zaczyna, to należy to skończyć. Z bólem, czy nie, ale jednak do końca. Z roku na rok poznawałam więcej osób i było coraz lepiej. Pod koniec 1 semestru na I roku studiów, przeprowadziłam się do Madzi i mieszkałyśmy razem dość sporo, bo dopiero na III rok przeniosłam się do mojego trzeciego i już ostatniego mieszkania w Warszawie. 

Według mnie nic nie dzieje się bez przyczyny, a zatem wszystko dzieje się po coś. Tak też było (jak się później okazało) z moimi studiami. 1 rok przebrnęłam, 2 rok również, a 3 rok to praktycznie zero nauki i skupienie na pisaniu pracy licencjackiej, o której opowiem na końcu. Moja przygoda z Warszawą była fajna, bo poznałam wiele kochanych osób przy sesjach zdjęciowych, ale takim totalnym, przełomowym momentem był dla mnie Instytut Fotografii. Pojechałam tam poczytać książki, a później zostałam przyjęta na staż w ramach praktyk. Natomiast jak wróciłam do stolicy po wakacjach, zaproponowano mi pracę! Chyba każdy dla kogo fotografia jest czymś ważnym w życiu, nie odmówiłby takiej propozycji. I tak mogliście obserwować na moich social mediach prawie rok mojej pracy w Instytucie Fotografii Fort w Warszawie. Przyznam, że to była praca marzeń i sama nie wierzyłam, że udało mi się trafić w to miejsce. Idealnie w punkt, bo byłam tam niemalże od powstania tego miejsca. Później dobudowano nam galerię, gdzie pomagałam przy tworzeniu trzech wystaw. Zawsze bardzo dobrze będę wspominać to miejsce i do końca życia będę wdzięczna Oldze, mojej szefowej za to, że dała mi szansę przebywać w miejscu które pokochałam, wśród około tysiąca publikacji i książek, które umilały mi pracę. W międzyczasie jakoś udało mi się także zrobić kurs w Akademii Fotografii z podstaw Photoshopa, który do tej pory pomaga mi przy pracy na tym programie i niesamowicie ją przyspiesza. 

Przyszedł ten moment. Licencjat. Wszędzie dookoła głowy snuły się różne teorie dotyczące kwestii jak to właściwie wygląda, czy wszyscy zdają, czy jest bardzo ciężko, czy warto pisać samemu. Moja historia wyglądała tak, że już pod koniec 2 roku poszłam do Pani promotor po wykaz książek, których jednak nie tknęłam przez całe wakacje. Pisanie mojej pracy zaczęłam w listopadzie i napisałam ją zupełnie sama. Już dawno wiedziałam, że nie chcę kupować i oszukiwać, bo nawet nie umiem tego robić. Na ten moment mogę wam powiedzieć, że zdecydowanie mogłam zacząć pisać nawet w marcu... wszystko zależy nie od was samych, ale od osób które was prowadzą, od promotorów. Od tego ile czasu zajmie im sprawdzanie, czy są wobec was fair i jak na tym polu wyglądać będzie wasza współpraca. U mnie bywało różnie, był nawet moment zwątpienia, ale na szczęście swoim zapałem udało mi się dotrwać do końca. 

Na pracę licencjacką, na jej obronę i ogólne zakończenie studiów składa się wiele rzeczy, a sama napisana praca jest tylko pionkiem w drodze do mety. Jednak tak jak pionek na planszy jest niezbędna, aby do tej mety dotrzeć. Temat pracy chciałam powiązać z mediami, które w obecnym czasie stają się coraz bardziej popularne. Właśnie ta materia mnie zainteresowała na studiach i o tym chciałam pisać. Napisałam. Zaniosłam. Przy okazji były jakieś kolejne problemy, bo na naszej uczelni zawsze czegoś nie wiadomo, bądź o czymś nie powiedziano, to była norma, która jednak ułożonym osobom mogła sprawić wiele trudności na drodze do celu. Lataniny i plątaniny z licencjatem jest sporo i sama obrona w stosunku do tego, co trzeba załatwić żeby do niej podejść to niebo, a ziemia. Jednak 14 czerwca o 15:00 ustalono mi termin. Dowiedziałam się o tym 12 dni przed, co spokojnie wystarczyło na przygotowania. Dostaliśmy 71 pytań, których trzeba było się nauczyć i do tego mieliśmy być odpytywani z pracy. Założyłam sobie, że to jest tylko jeden raz kiedy muszę to zrobić, więc zaczęłam ostro zakuwać i przez cały tydzień siedziałam z głową w tych pytaniach, aż ostatecznie byłam w stanie odpowiedzieć na 99%, bo na 100% nikt się nie nauczy. 

Rano w dniu obrony nie stresowałam się, bo wiedziałam, że mam ją dopiero na 15. Od rana różne osoby wstawiały zdjęcia z podpisem - obronione, co wzmogło stres, bo zazdrościłam im że mają już to za sobą, a co jeśli mi się nie powiedzie? Ale taka już natura człowieka. Później okazało się, że procedura przyspieszyła, a mi udało się już w okolicach 13 mieć to za sobą. Teoretycznie w ciągu tych 3 lat nie przykładałam się do nauki, bo miałam inne priorytety i wolałam iść na sesję niż wziąć do ręki Konstytucję. Nie żałuję tego. W internecie krążą różne teorie co do tego kto jest obecny na obronie, kto zadaje pytania i tak dalej. U mnie nie było ani mojej recenzentki, ani promotorki, co zupełnie mi nie przeszkadzało. Trafiłam 2 dobre pytania, a z tych, które zadano mi na temat pracy udało się wybrnąć, mimo że proste nie były. W efekcie obroniłam się na 5, jednak przez słabszą średnią ocena zniżyła się do 4, co dla mnie ma znaczenie na zasadzie wszystko mi jedno. Teraz wiem tyle, że nawet gdybym mniej przykładała się do mojej pracy dyplomowej, prawdopodobnie i tak by się udało. Ale ja jestem taka, że wolę coś dopiąć i zawsze być na wszystko przygotowanym (pomijając naukę haha). Jak wiadomo różnie w życiu bywa, a na niektóre sprawy nie mamy wpływu.

I tak dobrnęliśmy do końca posta o studiach. Ogólnie powiem tak, jeśli miałabym jeszcze raz się cofnąć do czasu kiedy w 2014 musiałam podjąć decyzję co dalej, zrobiłabym dokładnie to samo. Moje studia pozwoliły mi na pracę i studiowanie jednocześnie. Jednak swojego życia raczej nie owinę wokół administracji, a jeśli kiedyś mi się zamani, to być może zrobię magistra, by mieć to przekonanie, że go po prostu mam. Dla siebie. Dla własnej satysfakcji, czyli tak jak to robię całe życie. Wobec tego jeśli miałabym wam coś polecić lub odradzić, to róbcie co podpowiada wam serce. Oczywiście rozmawiajcie z bliskimi na temat swojej przyszłości, ale pamiętajcie, że ostateczna decyzja zawsze należy do was. Nikt waszego życia za was nie przeżyje, a to, co osiągniecie będzie wpływało na wasze całe życie. Warto się zastanowić i nie decydować pochopnie. A może ktoś z was woli iść do pracy i zrobić sobie np. rok przerwy po maturze? Dlaczego nie! Wszystko jest dla ludzi. Ja miałam to szczęście, że życie pozwoliło mi na realizację większości z tego co sobie założyłam, ale też musiałam do tego dojść zupełnie sama. To właśnie dlatego w jednym miesiącu udało mi się obronić licencjat i pojechać na egzaminy na fotografię, którą zaczynam studiować od października.

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, to śmiało piszcie w komentarzach. Tym postem kończę swoją przygodę ze studiami na tej uczelni i ruszam w nowe, nieznane - odkrywać to, co daje mi los, a wam życzę powodzenia w dostaniu się na kierunek na którym chcecie studiować. Ja wiem, że administracja nie ma nic wspólnego z moją wielką miłością jaką jest fotografia, ale tak musiało widocznie być. Pamiętajcie - myślcie o swojej przyszłości i o tym, by wam było jak najlepiej, realizujcie siebie i swoje pasje, a przyjemniej będzie wam żyć! Powodzenia, P. 

26 czerwca 2017

3 dni w Poznaniu


Ostatnio moje życie wirowało między egzaminami, zaliczeniami i ogólnym próbowaniem zakończenia wszystkiego co mało przyjemne, ale jednak ważne. Jeśli śledzicie mnie na bieżąco, to wiecie że 14 czerwca miałam obronę pracy licencjackiej, którą udało mi się zaliczyć na 5! Natomiast od 21 do 24 czerwca byłam w Poznaniu. Tego również mogliście się dowiedzieć z mojego instagrama - @paulamroczkowska. Jednak nie wspominałam po co tam jestem i dlaczego jest to dla mnie aż tak istotne. Wrzuciłam kilka zdjęć, ale większą, pełniejszą relację dodaję w tym poście. 24 czerwca jak tylko wróciłam do Warszawy (koło północy), położyłam się do łóżka i zasnęłam. 25 natomiast cały dzień się pakowałam i przeprowadzałam do swojego domu. Jak tu przyjechałam, to kolejna część dnia + kawałek dzisiejszego minęło mi na rozpakowywaniu. Mam nadzieję, że nadążacie za wszystkim co piszę? Z tym postem celowo czekałam do dziś, dlatego że wczoraj tam-ta-da-dam!!! Dowiedziałam się o wynikach mojego wyjazdu - byłam na 3-dniowych egzaminach na fotografię i wiecie co? Dostałam się! Spełniło się moje najskrytsze marzenie, dostałam szansę o jakiej jeszcze niedawno nawet nie śniłam. Niesamowite! Ale ten temat poruszę jeszcze w osobnym poście, bo wszystko jest dość świeże i jeszcze sama nie dowierzam w to co się aktualnie dzieje. Jutro wyjeżdżam na 2 tygodnie. Potrzebuję odetchnąć, odpocząć. Te kilka dni od połowy czerwca było dla mnie naprawdę trudne, ale już po wszystkim. Tymczasem mam dla was relację z Poznania, którą udało mi się zebrać ze zdjęć z kilku dni, bo starałam się zwiedzać miasto w każdej wolniejszej chwili.

16 czerwca 2017

phone photos


Od ostatniego phone photos minęło sporo czasu. Na szczęście wracam powoli do żywych i może uda mi się bywać tu częściej. Tak jak już pisałam, wobec siebie samej mam największe wyrzuty, ale moje życie po prostu tak się toczy, że sporadycznie (nad czym bardzo ubolewam) jest w nim miejsce na social media. Najczęściej jestem na intagramie, którego sporą część znajdziecie w pasku po lewej stronie bloga. Dzisiaj kolejna dawka zdjęć i tak jak to zwykle bywa, będę się odwoływać bezpośrednio do zdjęć. Także do zobaczenia na końcu posta! 

10 czerwca 2017

backstage


Jakiś czas temu przyszedł mi do głowy.. no dobra, dziwny pomysł. Ale tak mam, że nawet jeśli moje pomysły nie są do końca zwyczajne, to i tak muszę je zrealizować. Dodaję tego posta właśnie dzisiaj, właśnie teraz. Stwierdziłam, że jest na to odpowiedni moment, bo jeśli nie zrobię tego teraz, to nie zrobię tego przez najbliższe 2 tygodnie. Patrząc oczywiście przez pryzmat moich najbliższych planów. Niebawem chcę jeszcze wrzucić phone photos, bo zadziwiająco szybko zebrała się kolejna, pokaźna sumka zdjęć do wrzucenia. Także czekajcie cierpliwie! Dzisiaj kulisy sesji z Pauliną, którą dość często możecie u mnie wiedzieć. Powiem szczerze, że zupełnie inaczej ta sesja miała przebiegać i początkowo zamysł był odmienny od ostatecznego, ale cieszę się że wyszło, jak wyszło. Paulina jest taką osobą, że jeśli się umawia ze mną na zdjęcia, to w 99% przypadków udaje się zrobić zdjęcia. Bardzo lubię takie podejście, bo sama staram się nie odkładać/przenosić i tak dalej. No nie ważne. Było zabawnie, ale momentami też całkiem ciężko, kiedy przyszło nam zmywać tonę złotego brokatu, aby pokryć twarz czarnym, który chyba nie muszę mówić, że kompletnie nie chciał się zmywać. Ostrzegam! Jeśli ktoś z was będzie się tym inspirował i wyduma sobie coś podobnego, uważajcie z tym brokatem, bo po wszystkim jest dosłownie wszędzie! 

5 czerwca 2017

piknik


Jeśli oglądacie mojego instagrama na bieżąco, to wiecie że w minioną sobotę miałam okazję uczestniczyć w bardzo fajnym wydarzeniu. Otóż moja koleżanka zaprosiła mnie ze sobą na piknik organizowany w jej pracy. Ja - nie mając na ten dzień żadnych planów, bez większego namysłu się zgodziłam i zupełnie nie żałuję! Było super. Odpoczęłyśmy, poleżałyśmy w cieniu z lemoniadą gadając o głupotach, stworzyłyśmy sobie własne wianki z żywych kwiatów i pomalowałyśmy kurki ulepione z gliny. Cały event okraszony był pysznym, wyszukanym jedzeniem i cieplutkimi goframi oraz truskawkami w bitej śmietanie, podawanymi co jakiś czas. Wygodne ławko-leżanki z materacami były wyjściem idealnym na tamtą pogodę. Sobota minęła nam beztrosko i leniwie. Miejscem wydarzenia był Lake Park Wilanów, gdzie byłam po raz pierwszy. Już kilka razy przeszłą mi przez głowę myśl żeby zrobić tam sesję zdjęciową, ale nigdy nie doszło to do skutku. Powiem szczerze, że myślałam że to miejsce mnie totalnie oczaruje, a to co widziałam na zdjęciach trochę różniło się od rzeczywistości. Powiem tak - fajnie, ale szczęka nie opada. Ponadto miejsce wygląda jak wieś, a nie Warszawa, chociaż ten fakt mi akurat w zupełności nie przeszkadzał. Dość gadania, zobaczcie krótką, zdjęciową relację z tego miejsca!  A Tobie Madzia, dziękuję za zaproszenie. 

2 czerwca 2017

rzeczy fajne


Uf, wraz z początkiem najtrudniejszego dla mnie w tym roku miesiąca, udało się znaleźć chwilę na stworzenie tego posta. Rzeczy fajne, które wymyśliłam na początku roku, bardzo dobrze się tutaj przyjęły. Niektóre z was dosłownie upominają się o nowe wpisy! Łał! Bardzo się cieszę i witam z wami w kolejnym tego typu poście, gdzie pokażę kilka perełek, które chciałabym polecić. Od ostatniego takiego wpisu minęło już sporo czasu, ale dzięki temu zebrałam aż 15 różnych rzeczy, których 98% stanowią kosmetyki. Cóż, jestem kobietą. Na koniec w związku ze zbliżającymi się wakacjami będę miała dla was super dofinansowanie na waszą pierwszą podróż z airbnb z którego osobiście uwielbiam korzystać o czym nie jeden raz tu pisałam. Ale wszystko po kolei!